terça-feira, 14 de setembro de 2010

Pan Balcer w Brazylii. Czesc 3.





Już góry, jakby nocy czyniąc przyjście,
Odstały od nas w przeciwne dwie strony*
Grunt upuszczając za sobą faliście,
W głębokie jary i w górne wygony;
Już zaszumiały ogromnych drzew liście,
Któremi świat tu z naczęcia sadzony,
I świeżość nagłym obdała nas chłodem.
— Pinhero! — krzyknął tłumacz, skoczył przodem,
I trzykroć na wiatr, wypalił z krucicy...
Psy nic oszczekły gdzieś raz, drugi, trzeci.
Lecz nic nie widać było w tej ciemnicy,
Bo noc za słońcem bez zmierzchu tam leci.
Hak tylko grzmotnął, i po okolicy
Biegł, podrzucany, jak piłka przez dzieci...
Zmieszał się tabor. Zgiełk, wrzawa, wołanie.
Tak bocian w loty bije, nim ustanie.
Ale najgłośniej krzyczał Opacz: — Djabli
Z takim artielem! Z takim rządem w drodze!
O głodzie pędzą... Gorzałkę zagrabli...
Jak gąsior w kojcu siedzę, cierp mam w nodze.
Stójcie, co zlezę... Hej, Pablo, czy Pabli!...
Pastoj, psi synu, co nogę rozchodzę...
Czort wasi... Ratujcie!... Na żyłę mi suchą
Cierp trafił!... Stój psie, zakuty na głucho! -
Lecz darmo wołał. Głos ginął w tupocie
Nóg, kopyt, w wrzasku ryczącej kapeli.
Gdy wtem skry buchną w tej gęstej ciemnocie
I ogień słupem przed nami wystrzeli.
Zajarzy łuna, a w łuny tej złocie
Wyręb się znaczny przed nami rozbieli,
Z którego bije czerwoność ogniska,
A dym wybucha w iskrzate mietliska.
Tuż na piekielnym onym transparencie
Gmach dość potężny pokazał swe mury,
Jakby z pod ziemi wyrósł na zaklęcie...
Ten mi się wydał wątpliwej natury,
Więc tylko patrzę, czy wszystko w momencie
Nie zniknie, ognie te, i te struktury,
Kiedy wtem, z piskiem, rój się nietoperzy
Porwie i ślepym lotem w nas uderzy.
Pojrzę... Tfu! Czyli pokusa mnie mami,
Czy urok? Skacze u ognia szatany,
I bodą kocieł długiemi widłami...
(Piekła tak obraz bywa malowany.)
Baby w krzyk: — Jezu! Zmiłuj się nad nami!
Ścisną się chłopy w kupę, jak barany,
Zmilkł nagle Opacz, i między toboły
Wkopał się z głową, już martwy na poły.
Tak w zastraszonym i zbitym my tłumie
Podeszli pod te brony, pod te mury,
Co stały nieme, jak gdyby po dżumie;
Echo dał tykko okólnik ponury,
Na znale, ze ludzi, cnoć cadzycc, rozumie.
Skoczą brytany, zaostrzą pazury,
Warkną przeciągle, wtem mały kaganek
Błysnął, od skrzydła niesiony przez ganek.
Razem zgrzytnęły zamki, a przed nami
Stanęła postać dziwaczna i nowa:
Kapelusz na łbie z wielkiemi kresami
W górę, z pod niego wychyla się głowa
Związana chustą, a długiemi końcami.
Twarz w błyskach ognia sierdzista, surowa,
Kożuch na, wywrót chwycony z prędkości,
Nos sępi, reszta ginęła w ciemności.
— Ki djabeł? — myślę. A ów głosem! — Na tu!
Na tu, sobacza duszo!... A do nogi!... -
Tak krzyknę: — Hej, hejl Po jakim to światu
Wiatr ludzi nosi, i przez jakie drogi!...
Więc ów: — A wiatr ci, wiater!... Daj go katu!...
I splunie ślinę, i was zjeży srogi,
I głową trzęsie patrząc w nas. Aż doda:
— Oj kołewata!... 0j głupia wy trzoda!... -
Wtem skoczy tłumacz! — Gdzie partia? — Wysłana.
— Jak, gdzie wysłana? — A w puszczę. — I kiedy?
— A dziś ich ze stu wywlekło się z rana. -
— Stu?... Pięćset było! — Nie będzie tym biedy...
Już im tu ziemia na amen nadana! -
Podniósł brwi tłumacz, wzrok spuścił — No, tedy -
Rzekł skubiąc bródkę — dać ludziom wieczerzę,
I czekać aż ich komisja zabierze. -
Zawrócił, pięty mułowi wbił w boki,
Dłonią go klasnął rozgłośnie przez kłęby,
Krzyknął nam: — Z Bogiem! — I z miejsca wpadł w mroki,
Bo już noc szczera nakryła wyręby,
Wtem strażnik: — Dalej! Odpinać tam troki!
Czego stoicie, otwarłszy te gęby,
Jak wrota? Tutaj nie pora na dziwy.
Pilnuj się każdy sam, pókiś jest żywy!
Nie wyszedł pacierz, a z kotła już jadło
Dymi, klekoce, kłębuje, wypryska,
Duch się rozchodzi, bo czujne w niem sadło.
Skaczą murzyny poddając ogniska,
Babie się koło po ziemi rozsiadło,
Gwarzą, i tylko ubogie dzieciska
Posuwy we łzach po długiem płakaniu.
Matki je na mchów składają posłaniu.
Mogliśmy w izby, lecz wszystkim się zdało
Pod niebem raźniej, niżeli pod dachem.
Z kotła też mile po sercu głaskało
Wyczczony naród wieczerzy zapachem.
Luda się wokół, jak wody rozlało,
Hukają młodzi, i prędko ze strachem
Obywszy duszę, wpadają do lasu,
Krzyczą, pisk dziewek przydaje hałasu.
A wtem mnie strażnik trąci, i tak rzecze:
— A czy was tutaj choroba przywlekla?
Widzę, żeś mędrszy w tej kupie, człowiecze.
Więc ci powiadam: Grzęźnięcie do piekła!
Cud boski, kto się z tej dziury wywlecze,
Bo febra tu jest zjadliwa i wściekła,
Co więcej naszych, niż tysiąc, wygniotła...
Mówię ci, gniewu bożego jest miotła! -
Tak chwycę ja się pytać, ale stary
Już ruszył. Tabor obchodzi do koła,
Po którym ognisk płonęły pożary,
By zwierza straszyć i wszelki gad zgoła.
Za nim brytany dwa ogromnej miary
Węszą... Ów głosem raz poraz obwoła:
— Dokładać chrustu, a zlecać się Bogu,,
Bo na śmiertelnym stoicie tu progu! -
Zaczem się czynić zaczęła noc głucha.
Nakryło ziemię zniżone sklepienie,
Zatrwożonego w głębinach swych ducha,
Tu, to tam, słychać strzeliste westchnienie,
Zatrzeszczą ognie, snop iskier wybucha,
I znowu wielkie, szerokie milczenie.
Tylko po drzewach wiatr górny gdzieś chodzi,
Zarusza borem i jęk w nim rozwodzi.

[edytuj]IV

Hejnał! Hej, nie ten, którym w Częstochowie
Jutrzenkę z wieży witają zaranną,
Gdy w bławatkowych gwiazd wieńcu na głowie
Idzie, sypiąca z rąk blaskiem, jak manną,
Trąba to raczej, którą aniołowie
Dzień sądu straszną otrąbią hozanną,
Na cztery świata wołając rozłogi:
...Żywi! Umarli!... Wstawajcie na nogi!...
Zrywa się tabor. Widziałem raz w kramie
Obraz*, i długo patrzyłem nań z proga:
Żołnierstwo jakieś, przy miejskiej się bramie
Kąpa na rzece. Wtem bębny i trwoga.
Jakże się chwycą!... Tu pleco, tam ramię,
Tu ud, tam ręka, tu głowa, tam noga,
Za broń, za, szmaty, za tarcze, postoły,
Ten oklep na koń skacze, choć je goły...
A taka ci w tem sprawa, takie życie,
Jakbyś krzyk słyszał, i szczęk, i wołanie,
I onych pulsów i żył widział bicie,
I tchów tych prędkość i koni parskanie...
Toż i my tak się porwali o świcie,
Patrząc, rychłoli u bramy los stanie
I krzyknie "Straża!" A ty się do boju
Czuj, wędrowniku, i nie śpij w spokoju!
A świat był oczom cudny. One wrota.
Puszczyńskie, w zorzach przed nami stojące,
Jako więc brama czyniły się złota,
Kiedy je przetwarł wiatr bystry na słońce.
Już tam jak w skarbcu zaklętym migota,
Już biją tęcze barwami grające,
Już kwieci rajskich, woń, już wieją chmury
Ptactwa, w Jutrzence maczanemi pióry.
A wszystko nowe, dziwne, jak przyśnione
W noc świętojańską gdy kwitną paprocie.
Wiec już tam oczy byiy zachwycone,
I już tonące w tych blaskach, w tem złocie.
A naród cały tak rwało w te stronę,
Jakby mu wnet tam miał liczyć kto krocie...
Horodziej nawet w otwarte szedł dźwierze
I na wschód patrzał, szeptając pacierze.
Gromadą chłopy runęły na bory
Szumiące w swojej porankowej, krasie,
Kiedy to blaski mżące i kolory
Migają sobą, jak w jedwabnym pasie.
Świsty, prześwisty, tukania, klangory
Biją ci z onych kniej, a w tym hałasie,
Nagle gdzieś głucho, przeciągle zdaleka,
Zwierz kędyś ryknie, zawyje, zaszczeka,
Alem ja sobie pomału obchodził
Gmach ów, zważając postawne te mury,
Które, choć czas je conieco uszkodził,
Choć tam i kroksztyn wyruszył niektóry,
Przecie się jeszcze na pański dwór godził.
Wtem strażnik: — Myszy tu dzisiaj i szczury.
Niedługo resztki pozłoty się zedrą...
A gmach cesarski! Stawiał go Dom Pedro!
Na łowy zjeżdżał tu, że bory blizko.
Mieszkiwał nawet czasem od przygody,
Ale że było podziemne źródlisko
I w fundamentach zaczęły bić wody,
Więc febry dostał podeszłe panisko...
Tak odtąd, już tu ni wina, ni miody
Nie ciekną. Już się nie pieką jelony.
Ba! Sam Dom Pedro zbył dawno korony!
To gmach oddali na emigracyją.
Dom emigrancki. Tak go tu przezwali.
Przyjdziesz? Wikt dadzą, ściel; aż komisyją
Rząd przyśle, która cię znów papchnie dalej...
Mory po tobie, jak po bębnie biją,
Ale parada jest! To w jednej sali
Trzysta się chłopa zmieści, póki z bagna
Śmierć nie wylezie i w rów ich nie zagna.
Czekaj waść jeno! Sam doznasz na sobie.
Tfu, na psa uroki — Splunął, nosem prycha...
— Wnet ci gnić zaczną wątpia, wnet w wątrobie
Kolki zaczniesz, czy inszego licha.
Jałowcem ja tu kadzę, cierzniem skrobię,
Żeby jak — na nic! Trup trupa wypycha...
Zaraza toczy mory te, te belk...
Ale cesarski pałac! Honor wielki!
Krew mu w twarz buchła. — A żeby choroba
Z takim honorem! Tfu! Siedzę, bo muszę,
I nagłe: — Co Waść?... Tak mi się podoba,
Więc siedzę! Ale niechno ja się ruszę,
To i Dom Pedro, i ja, i my oba... -
Ta zmącił mowę w jakiejś zawierusze
Słów, której niktby nie rozebrał wątku,
Bo ani końca w niej, ani początku.
Taki już rozum miał. Dobry do chwili,
Że o czem nie bądź chcesz, możesz się zgadać;
Aż nagle w nim się ta szala, przechyli
I w jakiś dziwny mat zacznie upadać.
Już rwie te mowę, już błąka się, myli,
Już nie wie, jak te myśle ma poskładać,
A tak ponurej, złej czyni się twarzy,
Jakby stał piekłu samemu na straży.
. . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tak dnie mijały, a rząd działy zwlekał.
Jako więc ulgnie wóz w ciężkie roztopy,
Tak my ulgnęli tam. Darmo lud czekał,
Żeby już orać na własne te kopy...
Gorzko więc naród na zdradę wyrzekał,
I już się burzyć zaczęły precz chłopy.
Tak piwo, długo stawszy w ciepłej kadzi,
Chmielem z niej buchnie i czopa wysadzi.
Najpilniej było Mazurom. Tych rojem
Wodził za sobą Szaława. Chłop tęgi,
Ociętny w gębie, językiem, by krojem
Szedł w rzecz i żadnej nie ścierpiał popręgi.
Przy nim stał Zięba Wawrzon, razem z swojem
Krewieństwem, obaj Dudkowie, Bak z Łęgi,
Jan Koźbiał, Ćwiroń, Włodarczyki, Żmura,
I insza luza mazurska niektóra.
Młode to było, szerokie, żywot mniski,
Wiadomo, takiej nie płuży komendzie.
Więc to tam różne szły szepty a spiski,
I miarkowałem zaraz, że coś będzie.
Płotem szli, kupą siadali do miski,
Gwizdając w zęby, jak w puste żołędzie,
Kiedy porady jakowe szły w kole...
Jak źrebce, tak to wszystko rżało w pole.
Więc u ogniska, posiadłszy na ziemi
Wzdychają chłopy i zwieszą w dół głowy,
— Toćby już pora za wołmi siwemi,
Za pługiem huknąć na gaje, dąbrowy...
Na kamień nas ta głuchota oniemi...
My tutaj siedzim. Jak w dziuplu te sowy,
A tam ci ziemia aż pachmie zdaleka,
Aż dusza do niej wylata z człowieka!
— Małośmy czasu zmarnili w baraku?...
A tu znów insze szykują fortele...
Tej komisyi ni widu, ai znaku,
Co miała grunty mierzyć. Jakieś trzmiele
Wodzą lud, miodu puszczając dla smaku..,
Przytułki, djabły, gospody, hotele...
A co mnie hotel?... To dobre dla miasta,
Dla panów... Ja chłop, gruntu chcę, i basta!
— Potom tu przyszedł, potom świat zwędrował,
Potom się rzucił. Jak ryba we wodę,
Chatęm poprzedał, dobytek zmarnował,
A oni mi tu przytułek! Gospodę!...
Lud w sobie duszę aż do krwi zmordował,
Wiek przejdzie, zanim zażywi tę szkodę...
Z wiosek wypłynął do morza, jak rzeka...
A oni mi tu gospodę!... Niech czeka! -
Steknął Pietr Bandys, iż zdjął go żal srogi,
Stęknęli insi, pojrzawszy po niebie...
Lecz Maciek Tatar powstawał na nogi:
Ten rzadko gadał, a zawsze w potrzebie.
— Głupi — rzekł — leci, a patrzy, dość drogi
W pozad ma. Mądry zaś patrzy przed siebie.
Radby chłop światu, ino żeby jaszczem
Jagły nosili za nim, abo z barszczem!
Za szyszkę u mnie, i nawet nie za to,
Kto się w pół drogi swej puszczać chce sprawy.
Dwa razy traci, kto płacze za stratą,
A kto wyciąga źdźbła, ten nie ma trawy.
Czas cierpliwemu dokłada łopata,
A zbytni pośpiech ma worek, dziurawy.
Dobreć są ręce do pracy gdy skore?
Lecz i słonina wadzi, jak nie w porę.
Czekać, to czekać! A cóż ty, człowieku,
Inszego robisz od rodu na świecie?
Z małości — czekasz lat swoich i wieku,
O którym nie wiesz, czy dojdzie ci w kwiecie.
Zaś czekasz, ćwieka wbijając po ćwieku
W ostatni dom twój, czy rychło cię zmiecie
Śmierć pierwoiodna. A noc, i zaranie,
I żywot cały — co?... Na grób czekanie!
Mówił tak zwolna, i kijem w polano
Uderzał, które wypadło z ogniska,
I dusił iskry. Aż głownię obraną
Ze złotych kwiatów, jakiemi żar pryska,
Kopnął, wbił w popiół, i choć już strzaskaną
I czarną, jeszcze ją butem przyciska,
Tłoczy, aż ostrym oddala dech swędem...
Wtedy siadł, i po chłopach pojrzał rzędem.
Milczeli. Wreszcie zagadał Szaława:
— Mądrze, bo mądrze gadacie, mój kumie!
Jak z książki. Ale nie chłopska to sprawa!
Co mi po całym tym kramie i szumie,
Kiej ani słomy, ni ziarna nie dawa?
Na jednej książce, chłop niech się rozumie:
Na roli! I dość! Ja znam swoje pole.
A rabin — dobry jest w żydowskiej szkole.
— Rabin? — Zakrzyknie Łuka. — Ja z rabina
Kpię, jak i z tego pachciarza Chaima...
Kupił raz rzepak o mnie Chajm Drabina,
Ja mierzę, a ten — halt! Że ćwierć nie trzyma...
Nie trzyma? — rzekę. — Niech leży! — A glina
Świeża w klepisku była. Idzie zima,
Nic. Żyd po rzepak, a tu kożuch na nim...
Tak do rabina... — Co z takiem gadaniem!
Przerwie Hnat Józef. — Nie o tem tu rada,
Ino, cobyśma na jedno się zdali!
Chłop ci nie siła, a siła — gromada! -
Wtem Ćwiroń: — Co go? Podwójcim obrali?
Sołtysem? że tak od gromady gada? -
Ujął się w boki: — Dość nam tych mądrali,
Co mnie tu próżno siedzieć za niewola?...
Od siebie rajcuj, a odemnie — hola!
— Racja! — Mazury wrzasną, aż zachrzęści
W uchu. — Co próżno będziewa czekali?
Do miasta pójdźwa! Niech na nas te części
Rozpiszą, co nam gdzie gruntu nadali!...
Nuż dmuchać w wąsy, nuż zrywać się gęściej!
— Drogą my przyszli, drogą pójdziem dalej!
Niech czeka, komu się czekać lubuje...
Nas dość! Wieś z chłopa jednego zbuduje!
— I z baby! — krzyknie któryś z śmiechem. — A ci:
— No, to i z baby! Nie będzie kłopotu!
Jeszczeć na. grzędzie nie zbraknie tej naci!
Nie posiej, i tak wyrośnie u płotu! -
Wtem Bugaj powstał i rzecze! — Pal kaci!
Za wiatrem plewa! — I jak u omłotu
Schylił się, nabrał dechu pełne trzewy,
I wzdąwszy gęby dmuchnął, niby w plewy.
Szaława głową rzucił, aż magierka
W tył mu uciekła. (Urodę miał czarną.)
— Jeszczeć niewiada — huknął — kogo ścierka
Wymiecie tutaj! Kto plewa, kto ziarno!
Rzuć kości! Pokaż czyja lepsza bierka! -
A już Mazury do niego się garną...
Lecz Bugaj, palec kręcąc suchożyły,
Jak śrubę, rzecze zwolna — Sza-ła-wi-ły!
Zaczem powstała wrzawa. Setne głosy
Biją w powietrze, mieszaią się, kłócą...
To w jedną stronę szumiące. Jak kłosy
Za wiatrem, to jak kiedy w trójkę młócą.
Bije dwóch równo ziarniste pokosy,
A trzeci wprzecz im, gdy cepy wyrzucą,
Luzem uderza. Aż kłótnie rozmiotła.
Wieczerza, którą dobywano z kotła.
. . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tymczasem Bandys wyjął z torby flaszę
Z gorzałką, która tam się "Kasza" zowie.
Chrząknęły chłopy. — Do was! — W ręce wasze! -
— Pijcie, a z Bogiem! — Daj Boże na zdrowie! -
Aż mulnik, osty puściwszy na paszę,
Obciągnął pasa po chudym tułowie,
I jak legawiec, do kota gdy skumli,
Patrząc we flaszę zapiszczał na drumli.
Ale się chiopy okrzykły: — A ciszej!
Tutaj niedźwiedzia nie wodzą w ulicy!
Dość wiatru w uszach, że człek sam nie słyszy
Siebie, a jeszcze ten piszczy na grdycy
Gęstej! Dla szczurów dobre to! Dla myszy!
Bartek! A rusz się! A dobądź skrzypicy!
Co tam! Dał Pan Bóg łeb wielki kobyle,
Niechaj się za nas kłopoce, i tyle! -
Dobył skrzypicy Bartek, zwan Muzyka.
Pociągnął, jakby pies zawył na głuszy...
Przykręcił struny, otworzył kozika,
Zastrugał wióra i naddał nim duszy,
Sparł brodę, chrząknał. Aż nagle z pod smyka
Taka siarczysta przygrywka się ruszy,
Że i wesele w niej i znowu żałość,
I ból, i dzika na niego niedbałość!
Słucha lud grania. Hej!... Gdzie to te chwile,
Kiedy im z karczmy buchała ta nuta,
Lecąc przez błonia szeroko, na milę,
Po sadach, kędy dziewkom kwitnie ruta.,.
Gdzie, gdzie to dzisiaj?... Przepadło, i tyle!
Wtem brzęknie raźno podkówka u buta...
Luz sobie czyniąc łokciami po drodze,
Sunie Zatrata, zjeżywszy wąs srodze.
Chwycił się czapy, potrząsnął nad uchem
I od Kujawów oberka przynucił.
Zaczem zamachnął na odsieb kożuchem,
W boki się ujął i w kółko obrócił.
Jakże po inszych nie pójdzie to dachem!
Wnet drugi, trzeci, czapczysko wyrzucił...
Roch "klekanego" wywija aa przedzie,
A baby klaszczą, by swachy po miedzie.
W mig się to stało; a nimbyś powiedział
Głupiemu — głupi! — już szły obertasy.
Aż dziw, że naród, co tak już zaśniedział
Co ścierpiał takie okrutne niewczasy,
Rżnie, tak, jak gdyby o sobie nie wiedział,
Jakby na smutkach porosły już lasy...
Ten dziewka chwycił, a tamten się zgoła
Sam kreci, aże mu pot kipi z czoła.
Zatrata majster był. Jak odsieb runął,
Tak kółka pisał precz przy kółkach nogą...
To się kolanem na ziemię osunął,
Jak gdyby klękał przed swoją niebogą,
To na powietrzu iskrami aż lunął,
Tak błyskawicę Z podkówek dał srogą,
To spadł, to znowu drobiący po piasku,
Prawie ze ćmił się z prędkości i z blasku.
Przestał grać murzyn, i białem się szkliwem
Oczu przyglądał tej naszej uciesze...
Stanęły osły patrzając się z dziwem,
Jak Roch Zatrata hołubce w lot krzesze...
— Hu — ha! — Głos leci, jak gdyby po żywem
Sercu cię trącał! Jak gdybyś w pielesze
Własne, w oplotki powrócił się one,
O których nie wiesz, czyć jeszcze sądzone...
Ale Horodziej już stukał swą laską:
— Dość! Dość mi tego błazeństwa! — zawoła.
Cóż to? Na jarmark przyszłeś z masła faską?
W karczmie ci grają?... Czy radość masz zgoła?
To zamiast wzdychać, za bożą to łaską,
Choć w sercu swojem, gdy niema kościoła,
(A szła niedziela właśnie) — w ten dzień święty,
Będziesz tu hukał i hopki bił w pięty?...
Błazny wy! Wróble wykręcać w stodole,
Ale nie żywot fundować wam nowy...
Tfu! — Splunął. Chłopy przystają się w kole,
Rychtają czapy kipiące w tył głowy,
Ów wzdycha, tamten pot ściera po czole...
A wtem Roch młyniec zakręci wichrowy,
I obie ręce puściwszy, jak śmigi,
Krąży, na, podób puszczonej w pęd cygi.
Tak, coraz szybszem toczący się kołem,
Byłs jakby pyłu tumanem nakryty...
Podkówki tylko migały się dołem,
Bokami poły latały od świty,
Aż gdy go okiem nie ścignie już gołem,
— Hu — ha! — zakrzyknie, i stanie jak wryty,
I w niebo ciśnie, i chwyci nad głową
Siwą magierkę z zaścieżką różową.
. . . . . . . . . . . . . . . . .
Wtedy Szaława wstał, sprostował karku,
Dorzucił na żar gasnący polana,
I patrzał w ogień... A po tym przyparku,
Jakim nas słońce prażyło od rana,
Już na niebieskim się onym folwarku
Chłodek jął czynić i chwila różana,
Szła, niosąc zorzy dech cichy a złoty,
Co z nas lekuchno odmuchał dnia poty.
Lecz ów brwi w kozła postawił i powie
Patrząc się w ogień posępno: — Tak basta!
Tak wy tu sobie tańcujta na zdrowie,
A ja — tu spojrzał na swoich — do miasta!
Porwą się tedy owi mazurowie
Bieżeć, gdy wtem Dudkowa niewiasta
— Stachu! — zakrzyknie. — Ty co, niedowiarku?
Samą mnie tutaj?... Z dzieckiem?... — Więc jak w garku,
Tak między baby zakipi. Łap swego
Każda, za połę, za nogę, za szyję...
Chwyciła Baśka Koźbiała, i drze go...
Marychna — Bąka warząchwią w łeb bije,
Ciągnie UIina Ćwironia chudego
Do kobiałczyny, I wrzeszczy: — To czyje?...
Przycichły chłopy? jak myszy pod skrzynią...
Tak nam Mazurki w mig spokój uczynią.
Lecz Stach, choć ruszył, poglądał cichaczem
Ku Zośce, która, jak ten kwieć jabłoni
Pobladła, siłą mocując się z płaczem...
Tylko tych rzęsów jedwabnych przykłoni,
Ustka drgające ściśnie, i trwa. Zaczem
Targnie ów sobą, obróci się do niej,
Uderzy czapą, gdzie iść miał, o drogę,
Rozpostrze ręce i huknie: — Nie mogę! -
I zaraz przy niej siadł, i te kochane
Oczy całował i brwie te sobole,
I główkę na pierś tuląc, one lniane
Włoski jej gładził, by dziecku, po czole.
— Tak cichoj, cichoj! Już cichoj! Zostanę!...
Aż ona z nagłem łkaniem: — Mój sokole!... -
I tu jej jasne łzy polecą gradem,
Po onem liczku struchlałem i bladem.
Tak od Szaławy odstało z połowę
Onego wojska, a plac spuściał czyście.
I tylko luźne parobki się owe
Brały iść, jako więc za wiatrem liście.
Wtedy na zachód obrócił chłop głowę
I twarz czarniawą, i szedł sążeniście
W bór ciemny, właśnie jakby na przepadek,
Nie dbając, czyli kto za nim w pośladek.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Szła północ. Miesiąc na niebie dojrzewał,
I widny czynił świat onego czasu.
Słyszę, od boru coś tętni na przewał...
— Łoś, nie łoś — myślę — i milczkfem z szałasu...
A jakom zawsze zwierza się spodziewał,
Więc za krucicę! Czekam, aż z pod lasu
Z wrzaskiem wypadnie kupa, Myślę: Dzicy!
Palec na cyngiel, podniosłem krucicy...
A już się ze snu porwał ten i owy.
Tak ja: — Na oko przypuść, i w nich — hura!
Kij ściskaj w garści, a pilnuj od głowy!
A tu już na nas wprost leci ta chmura.
Strzelę ja w górę na sygnał bojowy...
— Reta! — ktoś wrzaśnie. Poznałem mazura
Wpadł Zięba, drze się, jak bies, wniebogłosy,
A na nim małpa wszczepiona we włosy.
Tuż insi. Lecą za nimi od boru
Gałęzie, piasek, kamienie i kije.
Tak, do ludzkiego podobna nietworu
Czereda, z puszczy wypadłszy, w nich bije.
Zmykają Wojtki, nie patrząc honoru,
A małpie wojsko grzmi, pluje i wyje.
Pisk, trzask! — Pardonu nie daje nikomo,
Aż ich przepędzi, i wróci do domu.
Jedna została jeńcem w tym odwrocie,
U mazurskiego kołtuna wszczepiona.
Rzuca chłop sobą, w krwi cały i w pocie,
Wrzeszczy, lecz głośniej jeszcze drze się ona.
Bieży ów, — małpa na nim, jak na płocie.
Tab na podjezdku siedzi, kracząc, wrona,
I dziób rozdziawia po chłopskim ugorze,
Gdy w gęsią szyje sznurki Maciek orze.
Ciągną ją w pozad? Tem głębiej pazury
Wczepia ze strachu. — Dlaboga! — chłop ryczy -
Łeb mi urwiecie! — Bo więc się do skóry
Żywej dobrawszy, nie puszcza dobyczy.
A wtem Kubina: — A poskocz no który!
A podaj sierpa z węzełków! — zakrzyczy.
Podali. Baba splunęła za siebie,
I trzykroć sierpem krzyż znaczy po niebie.
— Pójdzi! — zawoła. — Stań za tym wykrotem!
Głowę w tył, sztywno, i nie miej nic strachu. -
Stanął. My insi wedle niego płotem...
Tnie baba sierpem z wielkiego rozmachu,
Złocista cała miesięcznem tem złotem...
Spadł kołtun, małpa z nim. Jakoby z dachu.
Nuż z pętlą do niej! Chwycilim niebogi,
A Zięba babę podebrał pod nogi.
Długo ta w oczach niewiasta mi stała,
Z tym wyniesionym sierpem ponad głową,
Od nocy onej księżycowej biała,
Z lnianą zawijką na czole... Tak ową
Judyth malują, kiedy w łunach cała,
Nad szyją króla tę klingę stalową
Wznosi, ogromnej pełna jakiejś mocy,
W sprawie swej z Bogiem zszeptana tej nocy.
Nic chciały gadać Mazury o paszczy,
Ale ich drżączka łamała coś trzy dni.
Więc onej ludzkiej uchodząc precz tłuszczy,
W kątach siadali markotni i wstydni.
Aż, jak kiedy się ograszka wyłuszczy,
Tak im się lico pomału rozwidnia
Gdy przyschła na nich ta małpia wyprawa,
I jeden tylko nie wrócił Szaława.
Długo nas jeszcze ona to przygoda
Mazurska, w naszej cieszyła mitrędze,
I śmiechem po nas pryskała, jak woda,
Z niejednej piersi spłukując dnia nędze.
Małpeczka owa też, iż była młoda,
Prędko odwykła na swojej poprędze
Od lasu, bawiąc nas swą szpetną gębą.
Ta, wielką odtąd przyjaźń miała z Ziębą.

[edytuj]V

A lud na duchu omdlał. Te krainy
Wrzące, hart biorą od kęska do kęska.
Człek nie z żelaza, lecz z mietkiej jest gliny,
Ledwo się w którym ta moc najdzie męska;
By w dobrej sile złe przetrwał godziny.
A tak, dwuraźna tam biła w nas kleska:
Bo czas ubiegał, i duch za nim w ślady,
A na obojgo nie widział nikt rady.
Jednych do żółci burzyło to prawie,
I o tych najmniej nie miałem kłopotu.
Insi szli chętnie ku łacnej tej strawie,
Ku zleniałemu onemu żywotu.
Lud mułem obślizł, jak pień legły w stawie.
Żadnej w nim sprawy, żadnego nawrotu!
Więc myślę, że jest lepszy głód i wojna,
Mór nawet, niż ta bagnistość spokojna.
Tylko niewiasty (dawno było trzeba
Słówko mi przerzec choć o tym narodzie!)
Obeszłe rosą łez, gdzieś w siność nieba
Wpatrzone, trwały cierpliwie o głodzie,
Kęskiem nadziei żywiace się chleba,
Już wybiegają troskami poprzedzić
Czasu, o chaty, dziecię już rzucone
Na klęczki, szepcą: Pod twoją obronę.
Prawda jest, że tam szumiało, jak w roju,
Od swarów, plotek, i różnych małości.
Baby — wiadomo — nie mogą w spokoju
Dnia utrwać, bo im żółć zalewa kości.
Więc sobie w onym tęskliwym postoju
Folgę czyniły. Tak, zanim umości
Gniazdo, jaskółka okrutny wrzask czyni
I świegot. Ha, cóż? Przecie gospodyni!
A potem głoski te dziewczęce, szklane,
Te pieśnie nasze, z takiego daleka
Tu przyniesione, odbite o ścianę
Puszcz tych!... Już różnie próbował los człeka,
Niejedną w piersiach wypalił mu ranę,
A kiedy słucham, łza w wąsy ucieka...
Taki szmat nieba naszego i pola
W pieśniach tych, z nami przyniosła tu dola.
Wiec to staruchę jaką, chciwe skazek,
Jak maki kupką rosnące, obkolą,
To gdzie aa drzewie przybiją obrazek,
W wianki obwieszą jak u nas, pod Wolą,
To w ostrokole uczynią przełazek,
I o zachodzie z chłopcami swawolą...
Drobiazg to. Ale na tym krańcu świata
Dom z tego pachnął serca! Pachła chata!
A tak to duszę brało, ze ja, stary,
Com od młodości odstąpił już w lata,
I myślał fajce mej dochować wiary,
Znagła poczułem, jak serce kołata,
I na śnie rolne stawały mi mary.
— Ha, myślę, niechże mnie ta puszcza swata!
I zaraz jąłem podobać głos cienki
I czarne oczy Żukówny Jelenki.
Żukówna z Kurpiów była. Rzecz wiadoma,
Że jak na zone, to tylko Kurpianka!
Bór to u siebie tak chowa, jak doma,
Do marcowego podobne sasanka.
Puch na tem szczery... A gdy się zasroma,
Gdy śniade liczko skraśnieje z pod wianka
Ciemnych warkoczy, toś przepadł od słowa,
Tak ci zapachnie jagoda borowa!
Zrazum się bronił. A jakom jest z rodu
Rzemieślnik twardy, tak jąłem, jak młotem,
W głowę się stukać... Nie brałeś za młodu,
A to ci teraz, staremu, co po tem?
To kurpiowskiego zachciało się miodu?...
Kurpiowskie] pszczółki, z brzęczeniem tem złotem?
Bacz, byś do barci nie wsadził gdzie łapy,
Jak niedźwiedź, bo ci ją przychwycą capy!
Ale czy urok jaki, czy przygoda,
Jelenka sama tak lgnie mi, jak smoła.
To kwiecia narwie i mile je poda,
To jakoś tęskno popatrzy z pod czoła...
— Ha, myślę. W dziewce widać krew nie woda,
Gdy się tak winie ku mnie, by jemioła...
Jakby rzec chciała: Mój panie Balcerze,
Jeślim ci miła, to niech mnie Waść bierze.
Więc by, broń Boże, nie było w tem grzechu,
Ojcu i matce skłoniłem się o nią,
Rzekąc: — Już Waszaiość, mój panie Wojciechu.
Musisz się ze mną podzielić swa donią!
Kręci ów głową; aż ona w uśmiechu
Słonecznym cała, by jaskier nad błonią,
— Tatuńciu, — szepnie, — Nie brońcie mi doli!
Mnie jest pan Balcer po sercu... po woli...
I zaraz oczy rzęsami nakryła,
Jak gdy majowe słońce zajdzie chmurką,
A jasna rosa u rzęsów zaszkliła...
Lecz matka w ręce klaśniei — Co ty, córko!
A gdzież o ciebie swat z wódką przysyła?
Gdzie drużby idą z muzyką w podwórko?
Gdzie oracyja? Gdzie chleb kipi z niecek?
Gdzie to na wieniec ruta? Gdzie zapiecek?
Skraśniała dziewka, łzą oko zachodzi,
A Żuki — Powoli tam, matka, powoli!
Tu nie Zielona! Tu morze świat grodzi!
Swaty!... Hm! Swaty!... Tu nikt ze swawoli
Swatem nie gardzi! Mogą u nas młodzi
Muzyki patrzeć, kołacza, taj soli...
I jaćbym nie chciał jak byle zdać dziecka -
A cóż? Co robić?... Tu nie Myszyniecka!
I kreci szyją w tej siwej kapocie
Taśmami szytej, i patrzy w okienko,
Aż mu źrenice stanęły w łez złocie...
Więc tabakierki dobył, puknął w denko,
Pociągnął rzemyk, zażył. — Tu sierocie
Trzaby opieki... Tak cóż ty, Jelenko?...
Tak padnij do nóg matce! Niecił bez żalu
Cię dawa! — Padła w rumieńcach koralu.
0 moje skarby najmilsze, kochane!...
Myślę ja sobie — a wąs mi aż wstaje.
— Już ja twym sługą do śmierci ostanę,
Czy tu, czy w insze los rzuci nas kraje...
Drogę przed tobą w listeczki różane
Usypie!... Tu serce tak we mnie roztaje,
Że głos ściśnionem gardłem wyjść nie może,
Więc tylko ryknę: — Tak mi Panie Boże!...
I zaraz my tam pierścionki zmienili,
Co je Horodziej poświęcił pacierzem,
Już czekający w tęsknościach tej chwili,
Gdy ksiądz się najdzie, a my się pobierzem.
A choć puszcz była od mili, do mili,
Tak mi się sromu nakryła puklerzem
Dziewczyna moja, ze chociaż pijany
Myślą, czekałem na ślubne organy.
Więc mi nie małą pomocą w tej wojnie,
Jakąm sam z sobą miał, był ów sierota,
Com go przygarnął. Gdy wejrzy spokojnie,
Już wolniej ukrop po żyłach się miota,
Już w piersiach cicho, już w myślach dostojnie.
Więcem tu doznał, jak się ta lichota,
Którą uczyni człek inszym — obraca
W moc, kiedy duszna zmorduje go praca.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
A strażnik rzadko naglądał do gmachu.
Rankiem na wieży obwołał hejnały,
(A jak kot łaził po wyszkach, po dachu,)
To znów przepadał gdzieści na dzień cały,
To murzyńczukom napędził przestrachu
Batem, co ognie u kotłów trzymały,
A w coraz insze ubiory przybrany,
Jak Włoch się nosił, Francuzy, Hiszpany.
Aż gdy w cygańskie raz przybrał się hadry,
Nie mogłtem ścierpieć, więc rzeknę: — Bez gniewu!
Nie chcę ja żadnej z Waszmością mieć zadry,
Lecz co za racja takiego odziewu?
A ów z podełba: — Waść sięgasz w zanadry?
Waść serdecznego zatargać chcesz trzewu?...
Pokiwał głową, zaś wspiął się do góry
I w ucho: — Żeby nie czuć własnej skóry!
Własna mnie skóra mierzi, że się tuta -
Polak, — najduję na cudzym śmietniku!
To mi polskiego, uczciwego buta
Żal jest, i chodzę w francuskim trzewiku.
Kapoty polskiej też żal, bo za suta,
Za dobra! Lżej mi w hiszpańskim mentliku.
Gdy więc tu naród przeróżny umiera
I łachy ciska, to człek się przebiera,
Jak mu tam padnie... A zasię co z domu,
Szczędzi. Do trumny przyda się na pochów.
Waść mnie nie wydaj... To ja pokryjomu
Co dnia na wieżę z niemi... To do lochów
Niosę, przewietrzam... A nie mów Waść komu!
Składam:. Do czysta chędożę to z prochów...
Zawsze się coś tam zapyli, coś przetrze...
Umilkł, i wielkim nosem brał powietrze.
— Więc to sam wieszam aa haki, na grzędy,
Albo do skrzyni kładę, i tak leży...
Szkoda, ze nie mam choć witki lawendy,
Lub rozmarynu, co dawa dech świeży...
Aż jak. poczuję, że już, to w te pędy
Zrzucam te łachy, i do swej odzieży,
Do własnej! Czapkę mysz zjadła mi nową...
Co mniejsza, bo tam na Sąd z gołą głową. -
Umilkł. A na mnie zostały te mowy,
Jak ćmy, gdy człeka z nagłości oblecą...
Zaczem w gmach, szedłem. A tam już wiatr nowy
Po łbach buszuje. Nie poznasz już gdzie co.
Już wódka, już-ci pijanemi słowy
Klnie jeden, drugi bełkocze co nieco,
Już się tam różne najdują pociechy,
Już gęby, które dymają, jak miechy.
— Życie, bo życie, brat! Wola, bo wola!
Rajcował Opacz, ująwszy się w boki,
Iż go ta czarna rozparła fasola
Z czującem sadłem. Chłop, tak był głęboki,
Że nim wyłożył żywot, już mu z pola
Umknęli insi, a on te obroki
Ku sobie zgarniał, co w zęby popadło...
Taki otchłaniec był z niego na jadło,
— Tęgi łeb, kto tę zmyślił Brazyliją!
Riumkę za jego, wot, wypiłbym zdrowie.
Nifet mi z przykazem nie stoi nad szyją,
Chcę śpię, chcę nie śpię i wszy biję w głowie,
Psy mi te czarne warzą, miskę myją,
Ja tabak kurzę, i co mi kto powie?
Barak? — Wot, głupość, gdy sytno w baraku...
Tak dawaj, brat mój, na riumkę haraku!
Raz — nic. A drugi — utrafił im w sedno.
Dalej mu rzucać na rękę trojaki...
Wypatroszyli kaletkę niejedną,
Krzyk, bijatyka, przekleństwa, siniaki...
To nieraz gwiazdy na niebie już bledną,
A ci wichrują i grają w kułaki.
Nie wszyscyć. — Ale że była garść tęga,
Których ta w błoto wnurzyła mitręga.
Gdybyż wieść jaka! Jakowa nowina,
Że się to nasze czekanie skończyło,
Że już stąd idziem precz, że się naczyna
Żądany żywot z siekierą a z piłą,
Że pług już dla nas granice zarzyna...
Nic! Tak przyciśli nas, jakby mogiłą.
Strażnika pytać? — To tylko rozłoży
Te ręce: — Nie wiem... Nikt nie wie... Gniew boży -
Ale Sekura Paweł tak sumował:
— Co za mamona na oczy mi padła,
Żem ja, człek-oracz, w te światy wędrował,
Pługa rzuciwszy i kosy, i radia!
Sam Bóg mi zagon zadokumentował,
Chata, by gołąb, pod strzechą mi siadła,
A ja tu cudze pocieram dziś kąty,
Bez duszy chodzę i w głowie mam mąty.
Kamień mi dajcie! Uwiążcie pod brodą
I na dno. Tak mi bądź miłościw, Boże!
A zaś patrzajcie, jak będę szedł z wodą,
Bo ja się głową do chaty położę...
Czarty niech tutaj po górach się bodą!
Ja chce na równię! Na pole! We zboże!
Ziemia tam płacze za mną... Ziemia woła.
Jezus Marya, rataj! — Tu nie zdoła
Żalowi, ryknie, i łbem rżnie o ścianę.
Dziw, że się w dwoić, jak bania, nie spuka.
A taż się głosy zaniosą pijane;
— Zalać robakal Najlepszać to sztuka! -
Dość. Czy ja świadkiem naprzeciw ci stanę,
Ludu ubogi, gdy dola cię fuka?...
Czy skarżyć będę i szukać przyczyny
Na ciebie, którym też nie jest bez winy?...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
A na toż właśnie, partja nowa wtedy
W dom emigrancki przyszła. Same szwaby.
Tylko, że na nich nie było znać biedy,
I niejednemu aż trzęsły się schaby.
Nie moglim przystać do onej czeredy,
Ani my chłopy, ani do bab baby,
Bo z tem nijakiej ni mowy, ni zgody,
A chrzest nie z krzyżma bierą, tylko z wody.
Zwyczajnie, lutry takie, czy kalwiny,
Jak te, co u nas po Olendrach siedzą.
Fajczysko w zębach, raz wraz plują śliny,
A kawę z miski trzy razy dnia jedzą...
I oni się też, od pierwszej godziny,
Tak przegrodzili z nami, jakby miedzą.
Rzekniesz: Pochwalon, a ten ci niecnota
Zamiast — Na wieki — rzec, cości mamrota!
Ci, kiedy przyszli, a wytchli z tej drogi,
Każdy się zabrał do jakiejś fabryki.
Ten dratwy ciągnie, szlifuje ów rogi -
Pukają mlotki, zgrzytają pilniki,
Trzeszczą szrubsztaki, a w hałas ten srogi
Wpadają szwabek klapiące trzewiki.
Te "lauby" swoim stawiają od spieki,
Jakby tu siedzieć mniemały na wieki.
Nic po nich nie znać tęskności, załoby,
Pod ktorą polski chłop z sił schodzi, pada...
Spokojnie czynią rzecz swoją, jakoby
Tu się rodzili i żyli z pradziada.
Skończą robotę, to w różne sposoby
Spiewająa, jakby właśnie szpaków stada,
Z wiatrówek biją, biegają do mety,
Poczem fasoli pojedzą i — w bety.
Z nami — ni tak, ni siak. Nie było zwady,
Bo pilno w swej się trzymali porębie.
Ale że z naszej niejeden gromady
Kułak zaciskał i ślinę mełł w gębie.
— Już my tu jakiej dożyjem się zdrady! -
Mruczały chłopy. — Już my tu na zębie
U tych odmieńców! Czuj duch tylko, kiedy
Naniosą nam te pludry jakiej biedy! -
A dookoła bagniska dyszały
Tchem zaraźliwym z pożaru gorąca.
Co rana obłok podnosił się biały
Z ziemi, co stała mokra i dymiąca,
Jak one stogi, gdzie trawy zaprzały,
A rozpalony i wielki stos słońca
Gorzał nad nami od świtu do nocy,
Lud wyżymając z ostatniej już mocy.
I tak śmierć weszła do naszego gmachu,
I uglądała milczkiem, gdzie ugodzi.
Zaczuł ją naród... Z nagłego się strachu
Ów dreszczem wstrząśnie i rzecze: Ot, chodzi
Po moim grobie ktości! — Ów z pod dachu
Rwie się, jak błędny po bagnach gdzieś brodzi,
Inszy zanudzi sobą i zabiada,
Na tym pot zimny, jak. rosa, opada.
Więc w tej duchocie martwej, zmora siadła
Na piersiach ludziom, niby Babia góra.
W kąty się kryją, odchodzą od jadła,
Jak bursztyn, tak się na nich żółci skóra.
Potem ciemnieje, jak słoma, co padła,
I którą z deszczem roznosi wichura,
W półkrwawych potem, pół złotych kolorach
Mieni się, jako żywice po borach.
Tak naznaczone były ludzkie głowy,
Jak gdy w porębie topór znaczy drzewa.
A choć nie widział nikt onej królowy,
Wiatr wszyscy czuli, co ze żgła jej wiewa.
Czekała. Pory czekała, jak owy
Żeniec, gdy łan mu pod kosę dojrzewa,
A ów pogląda, folgując do chwili...
Nocami, w miesiąc patrzący, psi wyli.
Aż się zamachła! Hej, nie w źrałe kłosy
Trafiła ślepa żniwiarka! Nie w zboże!
Ale w kwiatuszek, co biały od rosy,
Słonka oglądał i czekał na zorze...
W dziewkę trafiła moją! Więc mi włosy
Na łbie stanęły, jak dęby te w borze,
Kiedy ją strażnik pomacał pod żebra,
W oczy jej spojrzał i rzekł: Śmierć jest! Febra.
A żar tak suchy liczko jej podpalił,
I piersi miała tak ogniem bijące,
Że zaraz dla niej gromnicę osmalił,
Rzekąc: — Ta zajdzie wpierw jeszcze, niż słońce. -
A szło południe... Z nóg ojciec się zwalił,
Jak kłoda; baby poklękły płaczące,
Jam z wielkiej mocy o ziem czapą gruchnął
Za włosy porwał się, i rykiem buchnął.
Ratować?... Czem? Jak? Choć łbem bij w podłogi!
Leżała cicho, lecz była snać w męce,
Bo jej się w twarzy mieniły pożogi...
Aż nagle siędzie, w krzyż złoży te ręce,
— Upał mam w sobie! — zawoła. — Wiatr srogi
Po żyłach chodzi mi! — I te jagnięce
Piersi przyciśnie i szepnie: — Już biją
Dzwony na dobrą noc... Jezu Maryjo!
Takie więc było ostatnie jej słowo...
Oczyma tylko po twarzach nam wodzi,
Wie, czuje, słyszy, poruszy tą głową,
Ale ja cichość śmiertelna już grodzi...
Nagle się w czole zamarszczy surowo,
Dwie łzy ukanie zimne, i tak schodzi
W zadumie z świata, nieporatowana,
W dziewczęctwie białem, mężowi nie dana.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Przeciw ty komu walczysz, Panie! Panie!
Przeciw tej parze, co znika obłokiem?
Przeciw listkowi, co padł, a nie wstanie?...
ÂŹdźbło suche gonisz zapalczywem okiem?...
Któż wiec nad nami ma mieć zmiłowanie,
Kiedy ty, ociec, dociskasz wyrokiem!
Jakoż więc mamy żyć, jak mamy dyszeć,
Kiedy ty, ociec, nie będziesz chciał słyszeć!...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Nie dałem dziewki grześć w te długie rowy,
Które tam zaraz kopacze czynili, -
Iż jak się zacznie czas taki morowy,
To ludzi strzęsie, by maku z badyli, -
Ale jej wianek zwinąwszy u głowy,
Poniosłem het precz sam, nim się spatrzyli,
I takem ziemi dał ją i pochował...
Bom twardo oną niebogę miłował.
Trzeciegom dnia się powrócił o mroku,
Wyschły, jak gdyby po ciężkiej chorobie.
Ni łzy, ni mowy jakiej, tylko w oku
Srogość, co drugim nie dawa, ni sobie.
Krzyk za zębami, pięść ścisła przy boku.
Skóra zczerniała na mnie, jak na. Jobie,
By ryś biegałem, co postrzał wziął kuli...
Ludzie mi z drogi szli, bo bójkę czuli.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
A mór bit po nas i składał w zagony,
W porę, bez pory, nie dbając o źrałość.
Ale ze dla mnie, te męki, te skony,
Za wiatr już były po tamtym, za małość.
Więc za najmilszą głową utęskniony,
Nie czułem nawet, że inszym też żałość.
Tak człeka stwardzi ból, i tak mu zwyknie,
Że go po żywem mięsie kraj — nie krzyknie.
Wnet po mej dziewce Prokurat szedł stary -
A zasnął cicho, jak dziecko w kolebce.
Śmierć, nim takiego powali za bary,
I nim mu nogą na gardziel nadepce,
Dawne, a lube przywodzi nań mary,
I w ucho różnych cudności naszepce,
A tak, lekuchao, w ostatnią go ciszę,
Bajką, jak matka, do spania kołysze.
Więc czego nigdy nie czynił za siły,
Teraz jął śpiewać żołnierskie piosenki,
A jasne łuny po licu mu biły,
Od jakiejś dawno zagasłej jutrzenki.
Już sztywniał, już w nim drętwiały te żyły,
A jeszcze machał rękawem bez ręki,
I salutował powietrzne gdzieś wodze,
Na wielkiej, którą już odchodził, drodze.
Aż targnie sobą, śledzie, zgarnie z czoła
Snop białych włosów, co spadł mu na oczy,
I krzyknie: — Cesarz! Sam cesarz mnie woła!...
Wiw Napoleon!... — krzyknie, z łoża skoczy...
I zanim strażnik przytrzymać go zdoła,
Ostatnim marszem za progi gdzieś kroczy.
— Raz, dwa... Raz... — liczy; wtem chwieje się, bladnie,
I z suchym trzaskiem czaszki w tył upadnie.
A kiedy poległ tak, i gdy tak leży
Rozkrzyżowany pod nieba błękitem,
A wąs mu mleczny, jak wiecha się jeży
Na licu, kulą u szczęki przebitem,
Nagle go słońce w pierś martwą uderzy,
I promień kładzie na sercu odkryłem.
I błyszczy, w one ostatnie momenty,
Jak krzyż, po bitwie, przez wodza przypięty.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Ale nie wszyscy mieli śmierć tak cudną,
Jako ten żołnierz. Dla inszych się w kata
Z żeńca mieniła, co ręką swą brudną
Wpierw cię zbezcześci, nim zgładzi ze świata.
Więc się jak kłody staczali w rów żmudno,
Nie jak ptak, który na wolność wylata;
Bez onych zadrgnień jasnych i trzepotów
Ducha, co w drogi wieczyste już gotów.
I byłoby to wpadało, jak trzody
Pomorkiem tknięte, w te skony bydlęce,
Tylko że ich tam, czy stary, czy młody,
Cieszyła w trudnych terminach i męce
Staruszka owa z Nadbużnej zagrody.
Temu w krzyż złoży stygnące już ręce,
Temu szkaplerzem śmiertelny pot zetrze,
Nad tym od pokus obżegna powietrze.
A iż nic do niej przystępu nie miały
Tchy zaraźliwe, co w siebie je brała,
Chłopy ją "Świętą z nad Buga" przezwały,
I ta się nazwa już przy niej została,
Jak miesiąc, migał nocami jej biały
Rańtuch, gdy w szeptach anielskich szła cała...
A drugi oczy gasnące otwierał,
Grzechy spowiadałf jej, i tak umierał.
Zaczem kończyli różnie. Jeden runął,
Jak gdyby w czoło trafiony kartaczem,
A ów powoli do dołu się sunął,
W ciężkich wzdychaniach, ze skargą i z płaczem.
Tamten w pień zaklął i duszą wraz plunął,
Inszy, nie mając obejrzeć się za czem,
W cichości sztywniał i oczy zawierał.
Ów, krzyk ogromny dawał, gdy umierał.
Aż się powalił i Paweł Sekura.
Ten jak dąb runął podcięty na boru...
Oczy mu zółcią tak zaszły i skóra,
Że człowieczego zbył prawie koloru,
Do żywicznego, tlącego się wióra
Podobny raczej. A tak do wieczora
O dzień się zmienił chłop, że go bez mała
Matka-by własna nie była poznała.
Ale iż wielką ów siłę miał w sobie.
Więc się tak z śmiercią, jak z zbójem potykał,
I przez gwałt onej nie dawał chorobie,
Choć stygnął, tracił dech, że prawie znikał.
Jedną ten nogą, jak mówią, był w grobie,
I już się nad nim dzień boży zamykał,
Gdy nagle zgasłe źrenice otworzył,
Porwał się, stanął na nogi i — ożył...
Lecz jak się w źrebca wilk weżre borowy,
Tak się i w chłopa głęboko śmierć wżarła
I sięgła więcej niż życia połowy,
Krzyk i głos ludzki wyrwawszy mu z garła.
Jakby piorunem rażony, zbył mowy,
I tak mu dusza na ustach przywarła,
Ni w tył, ni naprzód nie mogąc do świata,
Jak wróbel, gdy się po wniku kołata.
Więc od tych, którzy z tej wyszli choroby,
Choć śmierć już kręgi łamała im kołem,
(Bandys w konaniu przeleżał trzy doby,
I tuż nad samym zatrzymał się dołem),
Jakby zdaleka cuchnęły już groby.
Śniadzi chodzili, z pozółkłem tak czołem,
Jak ów Piotrowin, wstający w połowie
Z jamy, co wisi u Fary w Łukowie.
Niechętne taki miał z ludźmi rozmowy,
Jakby w języku skróciło mu szprychy.
Po kątach patrzał, i nakształt się sowy
Odąwszy, siedział zgarbiony i cichy.
Więc nas tak wiater obleciał grobowy,
Jakby śmierć wszystkich postrzygła już w mnichy,
Co mi się zdało nieznośnem bez miary,
Bo niźli cichość w kupie, — lepsze swary.
Cichość dla kopy, jak mielnik ów bywa,
Co młyńskie koło rozwiedzie na tryby.
Kupa, rzecz w sobie osobna i żywa,
Wrzawa jej głosem. Jak rzeka, tak ryby
Nieme łoskotem fal swoich nakrywa.
Ruch ma szeroki, a nie wie, co dyby.
I choć nie sami przedniejsi w niej chłopi,
Wszystkich w ognisty szmelc swym żarem topi.
Więc gdy tak śmiercią dyszały te mury,
Na wiecznym progu gdy wszyscy stoimy,
Szwaby się od nas wyniosły na góry.
Nuż ognie palić smolne, kurzyć dymy,
Tak się rozwlokły nad nimi te chmury
W słońcu, jak gdyby złote baldachimy,
A uczyniwszy od nas tę przegrodę
Po jadło tylko schodzili i wodę.
Co bacząc, rzecze raz Przytuła: — Braty!
A możeby my tak samo zrobili?
Po nieboszczykach popalić te szmaty,
I w gory! Choćby na jakie dwie mili...
Choćby w szałasach... To może zatraty
Ujdziem! U szwabów mór równo nie tyli!
Lecz go zakrzyczą: — Ot, grzeszne gadanie!
Co ma być — będzie; co się ma stać — stanie.
Będę się śmierci umykał z pod kosy,
Jak ta bylina z pod sierpa uwrotem,
A ona i tak ułapi za włosy,
Choćbym się grodził fortecą, nie płotem.
A jak nam przyszło pociągnąć tu losy,
Kto rekrut, rekrut. Uciekać!... Co potem?
Śmierć raz sądzona. Więc niechaj się dzieje
Co chce! Niech ta już wszystko zmarnieje!
Lecz choć tam człowiek tak stwardniał na duszy,
Jak zeschły rzemień, to precz mi się śniły
Po nocach, wskroś tych wielkich borów głuszy,
Nasze wioskowe, zielone mogiły,
Te brzozy białe, co wiatr gdy je ruszy,
Z szeptem liść trzęsą i wierzch gna pochyły,
Tak sypiać rosa, jak łzami szczeremi
Na kości, co tam w święconej śpią ziemi.
I tak mi w oczach, jak mara niezbyta,
Sunął mój pochów z światłami i z cechem...
Tu furczy bracka chorągiew rozwita,
Tu dzwon żałosnem oblata świat echem,
Tu mi się kłania szumiący łan żyta,
Tu mnie ksiądz kropi, bym nie szedł precz z grzechem,
Tu organista, chrząknąwszy, zaczyna
Statecznym basem piać: Salve Regina...
Z wzdychaniem lecą krewniaków pacierze,
Pod dom mi wieczny kopią fundamenty,
A ja tu w trumnie nadobnie se leżę,
Wąsa zjeżywszy na one lamenty.
Tak idę w ziemię, w ojcowej tej wierze,
A gdy nad głową i krzyż mam zatknięty,
Do dnia sądnego spać mogę tak pięknie,
Czekając, aż ten grób nademną pęknie.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
I dziw! Gdy tyle poległo tam siły
Dobrej, i tyle jarego żywota,
Horodziej przetrwał! Pień stary, pochyły,
Co dawno czarne skrzypiały nań wrota.
A kiedy młodym pomocne nie były
Targi ze śmiercią żadne, ani wota,
Ten ostro trzymał się, berlicą pukał,
I na lud, iż dał górę złemu — fukał.
— Baby wy! Cóż to, czy nic do roboty
Lepszego nie masz, kpie jeden i drugi,
Jak umieranie? By dukat dzień złoty!
Bóg pracę rozdał, a gdzie do niej sługi?
Wtem Łuć Ostańczuk! — Toć ja nie z ochoty!
Toć jaby wolał pleść łapcie u strugi...
Toć nie z rozpusty!... — To Pińczuk się zwinął
Jak jeż i milczkiem ze świata wychynął.
Więc po tym chłopie żal objął mnie srogi,
Iż twardy kark miał, choć niby pochyły.
A widząc, iż ma już oziębłe nogi,
I że się po nim już cienie rzuciły,
Pod szopę my go wyciągli, w pół drogi
Do ostatecznej pospólnej mogiły.
Gdyż nie osobno grzebiono tam w ziemię
Trupa, lecz razem, gdy śmierć cisła brzemię.
Aliści rankiem patrzę, co u licha?...
Sen-li, czy jawa? Mój Pińczuk u progu
W śmiertelnem stoi żgle i nosem czmycha.
Patrzę, aż idzie do swego barłogu,
Siadł, dobył fajki, machorką napycha,
Cmoknął i westchnie: — Nu, tak sława Bogu!...
— Wszelki duch! — krzyknę. — Czego żądasz bracie
Umarły?... — A ów: — Krzesiwka nie macie?
Porwę się, cmoka cybuszek swój krzywy,
Jakby nic nigdy, i pluje w podłogę...
A już się zgruchnął naród na te dziwy.
Zdaleka stają, po oczach znać trwogę...
Wtem tknie go baba i wrzaśnie: Toć źywy!!
Więc dalej insze: za rękę, za nogę,
Nuż o śmierć pytać! Lecz nie chciał powiadać,
Tylko to jedno: — Nie moglim się zgadać! -
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tak my tam zbyli więcej niż połowy
Ludu, z gromady naszej, w tym pomorze.
Sam Bóg rachował tylko one głowy
Chłopskie, co po śmierć ciągnęły za morze.
W płytkie je rzędem składali my rowy,
Pod wapno żywe. Po małej więc porze
Klęsnęła ziemia pożarłszy te ciała,
I znów głodnemi usty ku nam ziała.
Tak poszedł Tatar Marcin, tęga głowa!
Tak Czop, ów z Miedznej ucieszny braciszek.
Poszedł Muzyka Bartek, co od słowa,
Z baranich umiał głosu dobyć kiszek.
Poszedł Sofoda, poszedł Kacper Sowa,
Karbowiak Michał i Wójcik Franciszek.
Wszyscy tam padli w najpierwszym tym boju,
Niech spoczywają na wieki w spokoju!
Ci, co zostali, trzymali się ściśle
Razem, dla większej pewności i mocy.
Tak tratwy, luzem płynące po Wiśle,
Związuje retman na wicher i w nocy.
Lud się sprostował, drzemiący obwisłe,
Tak go naciągła śmierć, jak rzemień w procy.
I duch wyświetniał z tej klęski i burzy,
Jak błyskawica, pogodę co wróży.
Lecz gdy tak setne do Boga szły dusze,
Nieoszczędzone też były i dziatki.
A śmierć się po nich, podobna pomusze,
Chciwie rzucała, co czerw składa w kwiatki,
Gdy maj ośnieży jabłonie a grusze.
Więc ubijały się przed niebem matki
O drobiazg ten swój, któremu co rana
Góreczka była osobna sypana.
To strach, co w ziemię poszło tej białości
Liljowej ciałek, co ocząt błękitu!
Tak śmierć chrustała ptaszęce te kości,
Jak dla igraszki, bez trzasku i zgrzytu.
Furty się rajskie dla jasnych tych gości
Nie zamykały od świtu do świtu.
A wieczorowe jutrzenki i zorze
Od główek lnianych złotniały, jak zboże.
Więc gdy raz matki za dziećmi aż wyją,
Co je żerdziami wepchnęły w dół draby,
Patrzą, aż idą całą kompaniją,
W czapkach, z fajkami w zębach, gwiżdżąc, szwaby.
Jakże nie wpadną w srogą rebeliją,
Jakże na Niemców nie rzucą się baby!
— Bij, kto katolik!... — Wrzask leci i głosy,
Niemcy w tył, baby za nimi, jak osy.
Tną, gdzie popadnie! Już misy i garki,
Jak żądła rażą z furkotem, a rojno,
Już baby z żalu, iż naród to szparki,
Tem sroższa w sobie zajarza się wojna,
Już w guzach szwabskie i głowy i karki.
— W nich! — krzyczą. — Dalej! A kupą! A hojno!
Wtem jedna gołą pięścią Niemca udrze:
— A czapkę z głowy!... A szanuj śmierć, pludrze!
Dopieroż w szwabach krew buchła. Hergoty!
Wrzeszczą, machają fajkami nad głową
I w pozad runą. Aż wsparci o płoty
Nuż się oglądać za bronią jakową.
Chwycił kół jeden. Nuż za nim w te loty
Rwać koły insi... Oj, byliby zdrowo
Przetrzepli baby! Wtem strażnik ze smyczy
Puści brytany, i — huź go! — zakrzyczy.
Rzucą się psiska, jak biesy zajadłe,
Z warkiem, z skowytem, z pianami u pyska,
Nła piersi skaczą,tarmoszą po sadle,
Rwą łydki, Niemcom targają pludrzyska...
Chwycą się baby gromadą, jak trznadle
Uciekać, gdy je kot spłoszy z śmietniska,
Ciskają miotły, skorupy i grabie...
Tak się skończyły batalje te babie.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Opacz, tymczasem pod boki podparty,
Jadł, pił za piąci, i cygar swój kurzył.
Umarł kto? Dalej ów mazać dług z karty,
Iż się to, było, każdemu zadłużył.
Więc krzyż, i amen, i dość. A ie warty
Przy chorych strażnik czyniący się znużył,
Obrał się Opacz patronem nad kotłem,
Gęsto murzynów sięgając pomiotłem.
Dopieroż to się zaczęły reduty
Na tem szafarstwie, i różna intrata!
Zrzucił chłop trzosa, tak żywot miał suty,
Kiep szlachcic przy nim, kiep przy nim brat łata!
Już czuba sadłem smaruje, już buty,
Już ledwochodem, by dynia brzuchata,
Toczy się sapiąc, już pije, a owo
Wszystko mu w porę i wszystko mu zdrowo.
Więc kiedy słyszy przygany tam czyje,
To tylko splunie: — Ej, głupi ty, chłopie!
Chcesz, to się wieszaj! Wot tobie na szyje
Powróz. Toż mówią: Dla durnia — konopie.
Co robić?... Świata — mówią — nic przeżyje,
A ziemi, brat mój, — mówią -— nie przekopie,
I nie przerobi — też mówią — roboty...
Tak cóż?... Żal co ty nie grał naszej floty!...
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tymczasem wiater pociągał od morza,
Niby dalekie i ciche szeptanie.
Zaczem głośniejszy zaruszał przestworza,
Wypłynął, jakby piór łabędzich wianie.
Rzucił śię, skręcił w bok, i przez rozdroża
Niebieskie, pędził na słońca spotkanie,
Jak okręt, wszystkie gdy rozwinie żagle,
Aż dmuchnął słońca w twarz, i stanął nagle.
Zczerniało słońce, wichr porwał się dziki,
Zakręcił trawy i w trąbę je zwinął.
Wnet w okół wielkie zagrały muzyki,
I łomot głazów, jak gdyby świat ginął.
Już lecą grzmoty wręcz, jak kopijniki,
Łając się głucho; już błyskiem wódz skinął...
Dymi się z nieba czerwonych krawędzi,
Huk, tentent, wojsko przeciw wojsku pędzi.
Bitwa! szeroko w półkolu rozgrzmiało.
Z świstem dwa wichry trzasnęły o siebie.
Na szaniec mroków wtoczone już działo...
Lont błysnął, ogień przeleciał po niebie,
Ryknął grom palbą! A słowo się stało...
Wrzące się niebo, jak morze kolebie...
Burza nabija, przytyka lont, pali!...
Zawyła w mrokach ziemia... Świat się wali.
Ale pod ogniem gromów, jak do mety
Lecący hufiec, chmura bije w szaniec,
Błyskawicowe wytknawszy bagnety...
Zachwiał się na swych okopach pohaniec,
Chmura naciera, im trąbią walety?
W litaur wichrowy, już z harmat siekaniec
Umilka... Chmura z chorągwią swą białą
Wpada na szaniec burz, i gwoździ działo.
Gdym się wychylił po tej trzaskawicy,
Już odpływały owe ciemne roty,
A huf obłoczny zwycięskiej konnicy
Brał blaski w siebieił czynił się złoty.
Pogrzmiewał jeszcze świat, i zapaśnicy
Do swojej chcieli wrócić się roboty,
Lecz błękit objął niebo i nie dawał,
Het, odsądziwszy od siebie ich — kawał.
Westchnęła ziemia, począwszy w swem łonie
Nagłą i wielką świeżość. Bór się strząsa,
Dreszcz gąszczem idzie i tęgie tchnie wonie,
Pstry żmij wyprężył się, i ogon kąsa...
Trysnęły roje muszeczek nad tonie,
Jako stop iskier, gromada ich pląsa...
Świegot, trzepoty ptactwa i gwizdanie,
Jak w ono świata, najpierwsze zaranie,

[edytuj]VI

W świat! Naprzód! Dalej! I nam też pociecha
Ona zadniała, przez wszystkich żądana.
I my tei w sobie poczuli już echa
Klekocącego nadziei bociana!
Już ściele nam się droga i uśmiecha,
Wznoszą się głowy, prostują kolana,
A serca biją radosnym trzepotem,
Jak pszczoły, przed tym wiosennym oblotem.
W świat! Dalej! Naprzód! Już kamień położym
Na tej przestrachów i smutków pustyni,
Gdzie pod piorunem i gniewem my bożym
Stali! Już dla nas błękitna się czyni
Droga, którą stąd pójdziem, a otworzym
Ten żywot nowy, i niebo już sini
Gwiazdą się modrą, co idąc poprzedzie,
Te wędrowniki na wyraj powiedzie.
Więc jak żurawie, gdy w pióra szumiące
Uderzyć mają i w bujne te loty,
Wiece wpierw głośne sprawują na łące,
I w klucze wiążą powietrzne swe roty,
Krzyk wypuszczając pod zorze grajace,
Pod zacbód nieba rumiany, a złoty,
Tak my tam onej zbierali się pory,
Gwarne porady czyniąc i klangory.
Od Komisyi, co siedzi gdzieś w Ryjo,
Pisanie przyszło, by obierać Stany:
Więc się z myślami różnie chłopy biją,
Obsiadłszy ławy od ściany, do ściany.
Za jaką radą iść, albo za czyją,
Gdy świat ten wszystkim zarówno nieznany
I każda droga zarówno ubiega
W niepewność, która dusze nam zalega.
Właśnie, jak gdyby obierał kto stryka
W zamkniętych skrzyniach, albo wór pieniędzy:
Pomknie do jednej, już prawie że tyka,
Aliści ręki zawściaga czempredzej.
I w palce stuka i znów ich pomyka...
I na pajęczej wiszący tak przędzy,
To chce, to nie chce, aż z onej roboty
Troiste na twarz wybiją mu poty.
Radzim... A tłomacz, co jeszcze z wieczora
Przybył, na karty rozpisał nam Stany,
Żeby na rozmysł przez dzień była pora,
Gdzie lud chce grunty orać i być dosłany.
Aż skrzypią ławy pod nami od wczora,
I dużo szumu tam, i dużo piany,
Ale że piwa godnego to mało
W butlu się onym radzieckim ostało.
— Co tu za rada, — krzyknie Błażej Dyla -
Kiedy przedemną nie stoi półkwartek!
Bo ja wiem gdzie co? Dziesięć mil, czy mila?
Nawykfadali człowiekowi kartek
Jak od spowiedzi, rób co chcesz, i tyla!
Tu czapę o stół cisnął. A wtem Bartek:
— Ja na los idę! — Wziął czapę, jak pulą
Strząsnął, wyciągnął kartę: San Paulo.
Ruszą się młodzi, obstąpią go wkoło:
— A co? A mogę najlepiej tak właśnie! -
— Pewno! — Roch krzyknie i pojrzy wesoło;
— Na los, to na los! Niech piorun zatrzaśnie!
Co będę madrzył?! — Tu wyszedł na czoło,
Zanurzył rękę, przebiera, aż chlaśnie
Trzy kartki na stół. Tal insi: — Nie sprawa!
Po jednej tylko brać! Niech dwie oddawa!
Wrzucił, wziął jednę. Czytam: — Parahyba.
Ci w śmiech. — A to ci chłop w garści ma miarę!
— To ci świat mądry! — krzyczą. — To ci ryba!
Trzech brać nie dali, tak łap ów za parę...
Ano, jak para, to z Baśką już chyba! -
Tu na Dudkównę zerknęli Barbarę,
Iż chłop lgnął do niej, i braciom miał swaty
Słać, jak się tylko dorwie własnej chaty.
Za Rochem, Bąk szedł. — Święta Katarzyna!
— Dobra! — zakrzykną. A Bugaj: — Niczego.
Zawszeć to w niebie pewniejsza przyczyna,
Jakby na człeka wypadło co złego! -
Tak znów strząsł Bartek czapę: Stach naczyna:
— Pianhy! — Piach? — Na nic! Chcę gruntu pszennego!
— Kampinas! — Wtem Kos: — Kampinowskie lasy...
Znam... Pod Warszawą... Dawneć to już czasy.
Westchnął. Lecz insi zakrzyknął — A co to?...
Ziemię brać losem?... A nuż grunt jałowy?
Na nic tu z taką radą i robotą!
Tu mądrej trzeba i znającej głowy! -
Wtem Kos: — Gadają, co po rzekach złoto...
A niechby dali wody do połowy! -
— Złoto? — Pietr krzyknie — Toż ono się kopa!...
— Nieprawda! — woła Kos. Zgłuszyli chłopa.
Wsgyscy gadają naraz, tumult rośnie,
Każdy chce swoje przewieść do ostatka.
Jak kaczor w kępach ten krzyczy rozgłośnie,
Tamten jak derkacz krzyczy, ów się zrzadka
Przebija basem, jak bąk; ten nieznośnie
Jak krakwa drze się, a ten, jak kołatka
Wielkoczwartkowa nad wszystkich grzechota,
Właśnie, jak gdybyś na, pińskie wpadł błota,
O wielkanocnej porze. Aż z tej wrzawy
Huk gruchnął. Cichość zrobiła się kołem:
Horodziej ciężko podnosił się z ławy,
W milczeniu dotąd siedzący za stołem.
Grzmotnąwszy pięścią w deski, jak, gdy w trawy
Strzelec się puści tym rzecznym padołem,
Przekręci lufy, podsypnie garść z sakwy,
Huknie, — wnet cichną bąk, kaczor i krakwy.
Patrzy Horodziej w chłopów; a oczyma
Brał stary, jakby cęgami człowieka.
A chłopy w niego też... I tak ich trzyma
Na samym ostrzu rzęsów, i precz czeka...
Aż krzyknie: — Hej tam! Sikawki tu niema?
A wody na łby!... A skocz-no gdzie rzeka,
Jasiek! A chlusnął choć konwią od stracha,
Bo się pakuły zajęły na dachu! -
Chłopy w śmiech, a on pilno patrzy w strony...
Po nich, jakoby uglądał: gdzie gore...
Wtem drzwi uskoczą i w tumult się ony
Pcha ciżba ludu, co przyszła w tę porę
Z gór. Tak zakrzykną razem: — Pochwalony! -
— Na wieki! — głosy odrzekną im skore.
— Wy skąd? — Od Warty! — My zasię od Wisły,
A my od Bugu. — Ta ręce się ścisły.
Kręcę ja głową. Obchodzę te chłopy,
Bo mi zanadto coś patrzą z niemiecka
Owe to kitle, lejbiki i jopy...
Czapki też insze, niż ta mazowiecka.
Ze wszystkiem idą psubratom tym w tropy.
Tak myślę! Ciasto-ć nasze. Jeno niecka
Cudza! A patrzciez, narody wy moje,
Jak to się do tła odmieni, choć swoje! -
W izbie szum. — Dawnoż z domu wy? — Od roku
Chyba... Spojrzeli po sobie: — A będzie!
Lecz naszym błysnął strach, jak iskra w oku.
— I nie na swojem jeszcze? Nie na grzędzie?
A ci: — Ej, łatwo na trok, ino z troku
Nie! To my tutaj obeszli precz wszędzie
Temi światami, przez góry, przez doły...
Bab niema, to człek letki i wesoły. -
— A Bóg-że was to! — zawoła Jan Bania,
Podniósłszy ręce i oczy do nieba.
— A toć my rady pragnący, jak kania
Dżdża! Toć nikt nie wie, gdzie iść, co brać trzeba!
A tamci: — Hale! My z tego latania
Wszystko przeznali! I co? Wszędzie chleba
Skąpo! Tak idziem dalej... Aż krainę
Całą tę zejdziem... Pampas... Argentynę...
— Laboga! — krzykniem. A ci — nuż powiadać
Różności one i szum czynić w głowie...
Nuż w wąsy dmuchać a z czubem dokładać.
Chłopy, jak brona zębate w tej mowie! -
Obrzasł świat, kołem jął mrok już przepadać,
— Nim się pośpili ci wiatropędowie -
W różane kwiecie i w srebrne lelije,
Właśnie, jak kiedy panna wieniec wije.

[edytuj]VII

Wszedł dzień świetlisty i modrej pogody.
Po drzewach szeptał wiatr cichy i mały,
A one, rade tej świeżej ochłody,
Same szły, same listków podawały.
Jako więc Boga rozleją się wody,
Gdy nagle puszczą kry i śniegozwały,
Tak się w polanie, nakrytej od słońca,
Narodu powódź rozlała szumiąca.
Stół dla urzędu w środku. Tam się roją
Sprawce, agenty różne i tłumacze.
Ludu nagnali świeżego, tak swoją
Kupą się trzyma każdy; a te gracze,
Co potężniejsze w gębie, poprzód stoją.
Więc kiedy znagła to wszystko obaczę,
Błoń mi się zdawa zakwitła rozmajem, -
Tak farby się tam pstrzą i mącą wzajem.
Stanęli nasi złamanym pierścieniem.
Baby po flankach, do frontu zaś chłopy.
Twarze śniadościa obwlokłe i cieniem,
Zapadłe oczy, czupryny jak snopy...
Zmizerowany zbyt długiem cierpieniem
Naród, by arka owa nad potopy
Świata spłynąwszy, brał listki i wiechy
Zielone tego dnia na znak pociechy.
Więc kiedym pojrzał po onym widoku,
Jaki tam sobą te rzesze czyniły,
Jak gaj, ten cały ordynek mi w oku
Został, wiośnianą nadzieją odżyły...
Tak ci, o Chryste, kiedyś staną w kroku
Ci chłopi, z ciężkiej zbudzeni mogiły,
I na sąd pójdą z gałęźmi zieleni,
By — przez nadzieję swą — byli sądzeni!
A ty, wejrzawszy na one sukmany,
Na oczy, z których lecą srebrne płacze, -
— Oto — przerzeczesz — mój lud ukochany,
I ziemi mojej przesmutne tułacze! -
Tak chłop ci do nóg... — O Panie nad Pany!
Toćżem ja czekał, aż sąd twój obaczę!...
A Ociec zasię wszechmocny: — Dość tego!
Miwyć półwłóczek raju dla każdego! -
Lecz tu nie poszło sprawą tak, od słowa.
Ledwie stanęli, już dzelą się w dwoje,
Już każda głowy dostaje połowa,
Już nóg, już ramion, już ręce ma swoje,
Już inszym głosem każda gada głowa...
A kiedy jeszcze w pośrodku tak stoję,
Nuż one znów się rozszczepiać na częście...
Więc zaklnę, plunę w bok, i ścisnę pięście.
Jak niedoschniętą chłop kopicę siana
Widłami rankiem rozrzuci po łące,
Tak się i nasza drużyna, zebrana
Rozbiła, w kopki z osobna stojące.
Już każda swego dostała hetmana!
Już z każdej lecą te głosy szumiące,
Już iść gotowa pod własną buławą,
Już rozum własny ma, i własne prawo.
Ale Horodziej oburącz oparty
Na wielkiej berli, wyciętej z dębiny,
W pielgrzymskiej guni swojej czynił warty,
Nad głowy ludzkie patrzący w bór siny.
Na górce sterczał, i nad niż otwarty
Widny był, nakształt zatkniętej brożyny,
Do której znów chłop, ująwszy grablice,
Kopek nagarnie, i zrobi kopicę.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Od Niemców kolej poszła. Stoją ławą
Z dziećmi, z betami, z Niemkami swojemi,
Niezamąceni bynajmniej tą sprawą.
Torby, toboły, przy nogach na ziemi,
Szydła, pilniki, dratwy, garnczki z kawą,
W kitlacn, w kaszkietach, z daszkami bialemi,
W pantoflach, w trepach, stoją rozkraczeni,
Ćmią fajki, ręce trzymają w kieszeni.
Wtem ich komisarz spyta: Gdzie? — Jak w rocie,
Ogień po cynglach z komendą wraz błyska,
Tak drgnęło w onej niemieckiej hołocie.
— Blumenau! — krzykną. Nie znałem nazwiska.
Zaczem pobrały karty, i w nawrocie
Drogi stanęły gotowo szwabiska.
Bo taki idzie do leda poręby,
Leda gdzie, byle fajkę miał u gęby.
Wtem tłomacx krzyknie: — Hej, wy tam, gromada!
Wy dokąd chcecie i gdzie się obrali?
Chłopy nic. Patrzą, czy czasem nie zdrada...
Tak ów: — Gadajcież! Co będziem tu stali! -
Wystapił Łuka: — My tutaj brać lada
Czego nie będziem. Nas tutaj dosłali
Z porękci samej angielskiej królowy.
Wszystko nas musi dojść! — To podniósł głowy,
Po chłopach spojrzał. Tak chfopy: — A przecie! -
Tak Łuka znowu: — Nas tutaj okrętem
Z Bremenu wieźli po całym, het, świecie,
Przez morze! Nas tu prawem nie zbyć krętem!
My nie nadrachy tu żadne! Nie śmiecie!
Wszystko na piśmie musi stać! I żeby
Pieczęć też była! — A chłopy: — Jeszczeby! -
Tu w wąsy dmachać zaczną. Jak w rzeszoto,
Stawiać się, w boki spierać kułakami:
Pomknęli przed stół, pchają sie, aż gniotą.
(Po stole bębnił komisarz palcami.)
Dlaboga! — krzyknie tłomacz. — Tu nie o to!...
Gdzie chcecie, pytam, iść? Gadajcież sami!
Tu urząd słucha, i ja tutaj stoję...
A wtem Roch hardo: — Gdzie? — A toć na swoje!
Tak tłomacz: — Dobrze. Na swoje, człowiecze!
Ale gdzie? Dokąd? W jaki stan iść chcecie? -
Drapie się w głowy... Wtem Dudek przerzecze:
— A w gospodarze! Parobkiem, toć przecie
Dość się nabyłem w Grannem! — Tak uciecze
Ów, łba chwyciwszy oburącz. — Niechże cię
Piorun! — zakrzyknie. — Co za ludzie tacy!
To z jednym więcej, niż z tamtymi pracy.
Rozłożył ręce, stęknął. Wtem do tego,
Co pisał, Marcin przybliżył się Duda:
— Prosiłbym też ja pana wielmożnego
Dać mnie tam, gdzie się łebskie proso uda... -
Lecz Świerszcz zakrzyknął: — Głupi! Widzicie go!..
A toć pod proso ziem zawsze je chuda!
Ja chcę pszenicę siać i koniczynę...
Co z prosa? Ja na takich ziemiach zginę!
Tu insi wpadną w rzecz. Buchnęła wrzawa
Pomiędzy chłopy, jak słoma w kominie.
Żaden drugiemu przed sobą nie dawa,
Ten kseb, ten odsieb od razu zawinie.
Krzyczy Roch, krzyczy tem głośniej Żurawa.
Tuż Włodarczyki przy Kosie Marcinie,
Tuż Koźbiał, Bandys, Przytuła, tuż Duda,
Ten — co się uda gdzie, ten — co nie uda.
Stuka komisarz po stole, — nie słyszą.
Krzyczy, aż chrypnie tłomacz, — żaden nie wie.
Tak kiedy wichry borem zakołyszą,
I puszczą tęgie prześwisty po drzewie,
Wszystko się insze zda głuszą i ciszą,
Przy onym gwałcie źywiołu i gniewie.
Darmo tam dzięcioł dziob psowa po lesie,
I puhacz, darmo, na sęk siadłszy, drze się.
Wtem tłomacz znalazł sposób. Szepnął w usty
Komisarzowi. Wstali i odchodzą
Pobrawszy księgi. Nuż chłopstwo się ruszy!
Nuż w pokłon! Drogę czapkami im grodzą...
Jakby więc miodem smarował po duszy,
Już cicho, już się wszyscy z sobą godzą.
Tak się ów rozśmiał i wrócił do stoła.
— Gadajcież teraz, a prędko! — zawoła.
Zhukną się głosy i razem poniosą:
— Do Kurytyby chcema! — Do Parana! -
— Do Igłaszowa!* — Ja do Matagroso!
— Ja, gdzie sól ryją! — Ja zasię do Jana,
Abo do Pawła! — Ja równo gdzie proso!
— Do wszystkich świętych my! — A. my, gdzie siana
W sampas. — My ta w Bahiją! — W Destero! -
Tu się zatchnęli, urwą i tchu bierą.
Słuchają burzy onej zadziwieni
Komisarzowie i patrzą po sobie.
Zaczem ten bródkę skubie, ów z kieszeni
Nożyka wyjął, paznokcie se skrobie...
Aż tłomacz: — Ludzie! Czyście nawiedzeni?
Boże, co ja z tem stadem owiec zrobię?
Za mapg chwycili — Toż wy sig rozsali
Jak grochy patrzajciez! — po całej półkuli.
Zamilkły chłopy stropione, i gęby
Otworzą, bacząc, co ów zaś powiada?...
Tak zaraz szeptać zaczęła przez zęby
Z tłomaczem, owa komisarska Rada.
Zmarszczy się tłomacz i krzyknie: W poręby
Pójdą mocniejsi, gdzie grunty rząd nada,
A słabsi — kawę plantować w facendzie!
A więcej nikt się was pytać nie będzie. -
Skończył i ręką uderzył w papiery.
A chłopy cicho sza! Ni mruknął który.
Nie już te młódki same, lecz kozery
W mig pochowały rogi i pazury.
Owe Parany, Bahije, Destery,
Tak poszły, jakby wodą chlusnął z góry...
A z owej buty wielkiej i z junactwa,
Od razu uszy obwisły u bractwa.
Ale nadbuźny naród nasz, unity,
W śniadościach długiej męki miawszy twarze,
Tą siwą wełną, jak owca nakryty,
Długo stał niemy w okrutnym tym gwarze,
W stół komisarski trzymając wzrok wbity.
Aż wyszły z kupy dwa szczere Łazarze
I rzeką: Dajcie nas, wielmożne Pany,
Tam, gdzie ze Rzymu jest słychać organy,
Jako nam było przyobiecowane.
Duch ci w narodzie łaknący jest, chory...
Szkaplerze chcemy nosić poświęcane,
I pieśnie śpiewać, jak za dawnej pory.
Dziatki mieć chcemy chrzcone i chowane
Po polsku. Chcemy w kościoły, w klasztory...
Suplikacyi chcemy, litanii
Do pfzenajświętszej panienki Maryi!
Od Narwi my są oporne... Od Buga,
Od Międzyrzeca, Sokołowa, Biały...
Jako tam ziemia szeroka i długa,
Tak się krwie nasze daleko polały.
Z pola, z warsztatu wyrwany, od pługa
Lud, ta aż onej uchodzim nawały,
Ratując duszy. Więc niech nas urzędy
Nie gwałcą w cerkiew! A iść — pójdziem wszędy.
Przemierzylimy orenburskie stepy,
Powygniatali więzienne pościele,
Bosonóz lodu deptali czerepy,
Trupem przybużne zapchalim kołbiele.
Pałki w nas biły i pletnie — jak cepy.
A równo w swoim wytrwalim kościele.
— Więc ziemia, jak tam padnie. Byle święta
Msza ona! Byle one sakramenta!...
Umilkli. Pruszą łzami niby rosą,
Głośniej mówiący tą ciszą, niż słowy.
A tuż się insi za nimi obniosą
W jakiś jęk wielki, tłumiony, echowy.
Wstrząsłem się w sobie, bom poczuł, że to są
Święci wyznawcy, z światłością u głowy.
Tylko że światłość pod czapą schowana,
Boby się przy niej nie zdała sukmana.

Nenhum comentário:

Postar um comentário